Cześć, mam na imię Marta i jestem phubberem. Tak niebawem będą zaczynały się sesje terapeutyczne dla osób, które zatraciły równowagę między życiem online a offline.

Phubber, phubbing. Co to tak właściwie jest?

Prawdopodobnie ty też nim jesteś

Phubbing to nowe określenie nadane znanej nam dobrze czynności: ignorowaniu osób, z którymi akurat przebywamy, poprzez korzystanie w ich obecności z telefonu lub tabletu.

ph2

O phubbingu usłyszałam ze spotu stworzonego przez McCann Melbourne, który miał na celu wesprzeć sprzedaż nowego słownika Macquarie. Agencja zaprosiła leksykografów, autorów i poetów, by stworzyli słowo opisujące to zachowanie. Phubbing powstał jako połączenie słów phone (telefon) oraz snubbing (lekceważenie). Proces tworzenia nowego słowa został pokazany na poniższym filmiku:

Ta kreacja to strzał w stopę, jeśli chodzi o promocję tak old-schoolowego produktu. Zwraca jednak uwagę na problem społeczny, jakim jest coraz większe zatracanie się w technologii. Stajemy się uzależnieni od korzystania z gadżetów. Ekscytujemy się tym, co my, ludzie, robimy z technologią, jakimi to jesteśmy innowatorami i kreatorami, nie zastanawiając się przy tym, co technologia robi z nami.

I nie uważam wcale, że smartfony, komputery i Internet są złe. To nie one są problemem. To my tworzymy problem, nadmiernie z nich korzystając. Zapędzamy się w ślepą uliczkę, z której ciężko jest się wydostać.

Co technologia robi z nami?

Internet i technologia zmieniają nasze mózgi i nasze kontakty społeczne. Rozpraszają nas i nie pozwalają się skupić, rozleniwiają nasz mózg i utrudniają nam zrelaksowanie się. Technologia sprawia, że żyjemy w obłudzie. Wierzymy, że możemy zrobić wszystko z każdego zakątka świata i skontaktować się w ten sposób z każdym. Czujemy potrzebę bycia podłączonym do sieci 24/7 i boimy się, że coś nas ominie, gdy akurat nie będziemy online.

Relacje międzyludzkie stają się coraz bardziej wirtualne, a prawdziwe rozmowy odchodzą w niebyt. Łatwiej jest nam prowadzić życie towarzyskie w sieci, bo jest mniej wymagające: możemy rozmawiać z kilkoma osobami naraz, siedząc nawet w piżamie. Uciekamy do wirtuala, w którym zawsze coś się dzieje, a nie potrafimy odnaleźć się w realu, który jest nudny i przytłaczający, a w dodatku pełen problemów.

Sprowadzamy istnienie ludzi do awatarów, a kontakty z nimi do wiadomości i statusów. Mamy w sieci znajomych, a nawet nieznajomych obserwatorów, którzy z uwagą czytają to, co mamy do powiedzenia. Kreujemy siebie w sieci, jesteśmy gwiazdami w mikroskali, cewebrytami, czujemy się potrzebni i ważni. Przynajmniej tam, w sieci.

A dzięki smartfonom możemy utrzymywać ten stan cały czas. Spotykamy się w realu niekoniecznie z tymi, których znamy w sieci. Żyjemy w dwóch równoległych rzeczywistościach. Równocześnie uczestniczymy w życiu online i offline. A przynajmniej udajemy, że uczestniczymy. Ciałem jesteśmy ze znajomymi w kawiarni czy pubie, a myślami z tymi „lepszymi” znajomymi z Internetu.

I wkurza nas to, gdy widzimy, że inni zachowują się w ten sposób. Ale nie my sami.

Twittujemy, e-mailujemy, siedzimy na fejsie i wysyłamy sms-y. Kontaktujemy się z ludźmi, którzy są od nas oddaleni, ale bliscy nam w sieci podczas, gdy mamy drugą osobę na wyciągnięcie ręki – ale jedyne, o czym jesteśmy w stanie porozmawiać to to, co właśnie zobaczyliśmy w sieci.

Nie dbamy o te relacje, które są realne.

Czy możemy coś z tym zrobić?

ph1

Można próbować sobie jakoś z tym radzić podczas spotkań towarzyskich. Najprościej jest zostawić telefon w domu lub spotkać się w miejscu, gdzie nie ma ani wi-fi, ani zasięgu sieci. Można ustawić telefony ekranami do dołu, jeden na drugim i umówić się, że osoba, która pierwsza sięgnie po telefon, płaci rachunek/kolejkę. Można też pójść do lokalu, w którym kufle są wyprofilowane tak, że smarfony stanowią dla nich podkładkę.

Ignorowanie innych osób podczas rzekomych kontaktów towarzyskich (rzekomych, bo udawanych – nie jesteśmy z nimi, jesteśmy w sieci) jest przykre i raniące. Uzależnienie od bycia ciągle na bieżąco może mieć jednak gorsze skutki…

Może i to jest zabawne. Ale to już nie (jeśli ktoś jest bardzo wrażliwy, to niech sobie daruje oglądanie tego):

 

Ten cukierek za bardzo uzależnia

Dlaczego to piszę?

Jestem phubberem. Ogromnym. Człowiekiem uzależnionym.

Konsumuję wytwory technologii i Internetu, którego jestem najwierniejszą fanką. Zdaję sobie sprawę, że technologia nie tylko ułatwia życie i rozwija, ale także zubaża i odmóżdża. Mimo to, nie mogę uwolnić się z jej dyktatu.

Próbowałam ograniczać użytkowanie technologii. Ale ona jest jak cukierek, który musisz zjadać – w innym wypadku stajesz się narkomanem na głodzie.

Kiedy sie budzę, pierwszą rzeczą, jaką robię jest wejście na Twittera i Facebooka oraz sprawdzenie e-maili (tak, właśnie w tej kolejności). Kiedy jadę autobusem, czytam teksty pisane przez obywateli sieci. Kiedy gdzieś idę, czekinuję się na Foursquarze. Gdziekolwiek jestem, mam telefon, który zapełnia moją przestrzeń, moje myśli i sprawia, że nie jestem samotna. A gdy idę spać, to ostatnią rzeczą, jaką robię jest…

Tak, zgadliście.

Internet zabija. Komórki mózgowe

Technologia przejmuje stery nad naszym życiem, a Internet zalewa nas informacjami. Nie ma tygodnia, żeby ktoś ze znajomych nie narzekał na przerastającą go ilość treści w Pockecie, RSSie albo nadmiar nieodebranych wiadomości. Nie mamy czasu klikać w to wszystko, a do tego czytać i myśleć. I jeszcze pracować, mieć udane życie towarzyskie i czas dla bliskich.

Nie wiem, czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji, nie tracąc tego, co wartościowe w sieci. Bo z niej nie można tak po prostu wyjść. Doszliśmy do takiego miejsca, w którym stoimy pod ścianą i jedyne, co nam zostało, to uderzać w nią głową, spoglądając jednocześnie na to, co inni mają na swoim wallu.

 

Scrollowanie. Tylko to nas interesuje.

 

Autorem zdjęcia na samej górze jest Shinichi Higashi

  • Marta, świetny tekst! Dzięki za szczerość ;)
    Póki co, nie grozi mi chyba bycie phubberem. Świadomie nie zainstalowałam na swojej komórce Facebooka i Twittera. Lubię dawać ludziom 100% siebie, gdy przebywam z nimi na żywo.